wtorek, 11 października 2016

Co się zmienia, kiedy kończysz 30 lat?:)




No właśnie...napisanie takiego tekstu chodzi za mną już od dłuższego czasu. Sama mając lat dwadzieścia zastanawiałam się, jaka będę i gdzie będę, kiedy skończę trzydzieści lat. Jeszcze kilka lat temu szukałam tego typu artykułów internecie i znalazłam ich niewiele...
Nie ukrywam, 30 to liczba, która wiele kobiet przeraża. Wielu kobietom wydaje się, że po przekroczeniu tego "magicznego" progu będzie już tylko szybko i z górki...I trochę pewnie tak jest, zdecydowanie bardziej zdajemy sobie sprawę z upływającego czasu kiedy mam lat trzydzieści, ale jednocześnie większość kobiet ma poczucie, że nie cofnęłaby się do swojej dwudziestoletności. Dlaczego? Otóż bycie "trzydziestką" ma wiele zalet! Mówi się nawet że to wiek, w którym kobieta osiąga szczyt kobiecości, jest w pełni rozkwitu (a nie już zaczyna przekwitać, jak to dwudziestkom się często wydaje;). Chętnie, mając wiek, który mam, porozmawiałabym z dwudziestoletnią sobą i z pewnością byłaby to najlepsza terapia na świecie!:) Co prawda są też pewne minusy posiadania "trzydziestki" i w poniższym wpisie będę nie tylko tylko lukrować. Mam nadzieję, że przedstawiony przeze mnie punkt widzenia okaże się mimo wszystko pozytywny i może rozwieje wątpliwości obecnych dwudziestolatek?;)

Dodam, że pisać będę z perspektywy osoby zamężnej i bezdzietnej. Zdaję sobie sprawę, że mając trzydzieści lat wiele kobiet jest już matkami i z pewnością ma inne spojrzenie na swój wiek, swoje ciało i inne podejście do wielu spraw. Na ten temat się nie wypowiem bo nie mam takich doświadczeń, ale myślę, że część rzeczy jest na tyle obiektywnych, że mogą być wspólne dla wielu grup kobiet:)

Co się zmienia w Twoim wyglądzie, kiedy kończysz trzydzieści lat? I tutaj bez ściemy i szczerze...ale nie przerażajcie się, dalsza część tekstu powinna was pocieszyć:)


Wygląd


Każda kobieta jest inna, ale nie da się ukryć, że mając trzydzieści lat wiele kobiet musi zacząć zmagać się z pewnymi zmianami. Najbardziej zwalczaną i najmniej pożądaną przez kobiety jest...cellulit. U mnie pojawił się on kiedy miałam dopiero 28 lat. Wcześniej nie znałam tego problemu. Im kobieta jest starsza, tym zmora postępuje i nie ważne czy jesteśmy grube czy szczupłe. W mniejszym lub większym stopniu cellulit po prostu jest. Wiąże się to też z tym, że nasze ciało się zmienia. Nie jest już tak gładkie i napięte, prześwitują przez nie popękane naczynka, robią się przebarwienia. Nagle uświadamiasz sobie, że coraz częściej sięgasz po peeling, po prysznicu musisz wsmarować balsam i....zacząć ćwiczyć, jeżeli chcesz wyglądać na plaży jak modelki z reklam kostiumów. Kiedy miałaś dwadzieścia lat wystarczył szybki prysznic i leciałaś na uczelnię, teraz musisz poświęcić sobie więcej czasu. Poza cellulitem często pojawia się też brzuszek. Przemiana materii spowalnia i trudno temu zaradzić. Jeśli chodzi o twarz to zauważyłam u większości koleżanek, że wyostrzyły im się rysy. Kiedy byłyśmy młodsze miałyśmy bardziej pucołowatą twarz, pełniejsze usta, większe oczy. Z wiekiem, o czym mało się mówi, poza pojawiającymi się zmarszczkami pojawiają się zmiany w twarzy. Usta delikatnie tracą pełność, oczy często robią się wrażliwe i zaczerwienione, lekko się zmniejszają. Twarz często szczupleje, nabiera poważniejszego wyrazu. U wielu kobiet pojawiają się wokół oczu zmarszczki mimiczne. Zwłaszcza, jeżeli chętnie korzystały z solarium i nie dbały o skórę twarzy odpowiednią ją nawilżając. Dodatkowo można zauważyć, że faktura skóry nie jest już tak gładka, skóra staje się lekko szorstka, ziemista rozszerzają się pory, u niektórych może pojawić się trądzik hormonalny lub różowaty. No i co jest znamienne dla trzydziestoletniej twarzy-o wiele szybciej widać na niej zmęczenie. Kiedyś mona było balować do rana i lecieć na zajęcia, czego po nas w ogóle nie było widać. Teraz skóra twarzy widocznie wolniej się regeneruje i widać na niej każdą oznakę niedospania, zmęczenia, worki pod oczami, zaczerwienienia. To często pierwszy pierwszy sygnał, że wkraczamy w dojrzały wiek kobiecy. Od tej pory na naszym ciele będzie widać wszelkie zaniedbania-od nadużywania papierosów i alkoholu, po zbyt krótki sen, zasiedzenie na kanapie i złą dietę. Koniec z lenistwem w zakresie dbania o siebie. Jeżeli chcemy wyglądać dobrze, musimy żyć zdrowo-po prostu:)

Jednak pomimo tych, być może strasznych dla czytającej to dwudziestki zmian w naszym ciele, jesteśmy w stanie się z nimi w zupełności uporać. W dwojaki sposób-jeżeli nam one przeszkadzają to po prostu zakasamy rękawy i bierzemy się za siebie. Teraz, mając trzydzieści lat, większość z nas ma już stałą pracę, własne mieszkanie i stać nas na karnet na siłownię lub ćwiczenie Chodakowskiej w zaciszu domowym, bez szwendających się obok i ciekawsko zerkających współlokatorów. O dziwo, często mamy też więcej siły i motywacji, by ćwiczyć. Możemy już sobie pozwolić na lepsze, odżywcze kremy i zabiegi u kosmetyczki. Jesteśmy bardziej świadome jak dbać o siebie, sięgamy po lepszej jakości kosmetyki. Wiele jest też w stanie zdziałać makijaż. Już nie eksperymentujemy z wyglądem bo wiemy, w czym nam dobrze, w czym niekorzystnie, co nas uczula i co nam szkodzi.

Jeżeli jednak nie mamy chęci lub czasu, aby zająć się sobą to zazwyczaj nam... po prostu nie zależy:) (A jak naprawdę zależy to znajdzie się czas-uwierzcie mi;) Otóż, mając lat trzydzieści praktycznie wyzbyłyśmy się kompleksów. Już nie przejmujemy się tym, że nie wyglądamy jak kobiety z okładek i Instagramów bo wiemy, że to nie jest prawdziwe życie. Że kobiety po prostu tak nie wyglądają, że zdecydowana większość ma cellulit, rozstępy, popękane naczynka i inne niedoskonałości. Jednym z pozytywów osiągnięcia trzydziestki jest to, że po prostu NIE IDEALIZUJEMY -  świata, ludzi, życia. Ani wyglądu-swojego i innych. Przeżyłyśmy już tyle, żeby wiedzieć, że wygląd nie jest najważniejszy i jeżeli chcemy go w jakikolwiek sposób poprawić to TYLKO I WYŁĄCZNIE DLA SIEBIE, dla lepszego samopoczucia, a nie żeby przypodobać się innym. Większość kobiet w tym wieku ma męża lub jest w wieloletnim związku, są akceptowane i kochane przez partnerów, którzy widzieli nas w różnych sytuacjach (i my ich również;). Nie skupiamy się już zatem na wyglądzie. Coraz częściej zdarza nam się wyjść bez makijażu (a kiedyś to było nie do pomyślenia!), coraz mniej się malujemy, coraz wygodniej i cieplej ubieramy. Stawiamy funkcjonalność i praktyczność ubrań nad ich aspekty estetyczne. Nie męczmy się już dla męskiego podziwu w przyciasnych rurkach z niskim stanem, zimą nosimy czapkę mając gdzieś to, co stanie się z naszą fryzurą. I czujemy się z tym świetnie! Nie kupujemy też już impulsywnie bo widziałyśmy reklamę lub nasza koleżanka to ma. Znamy już siebie i akceptujemy. To cudowny przywilej trzydziestki.


Relacje


Wystarczy już o wyglądzie:) Teraz czas na inny aspekt, a mianowicie-relacje z ludźmi. Kiedy kończysz 30 lat często okazuje się, że...nagle tych ludzi wokół Ciebie jest mniej. Zwłaszcza znajomych i przyjaciół. Nie oznacza to, że dzieje się źle, wręcz przeciwnie. Czas, jaki upłynął od momentu, kiedy mieliśmy dwadzieścia lat zdążył już zweryfikować wszystkie przyjaźnie i znajomości. Niektóre z nich rozpadły się w sposób naturalny - np. skończyliśmy studia i przeprowadziliśmy się do innego miasta (choć jeśli przyjaźń była prawdziwa to nie przeszkoda), czasem zmieniliśmy partnera lub zakończyliśmy dotychczasowe, nieudane związki. Wielu ludzi z naszego życia odeszło, ale w zdecydowanej większości przypadków to jak najbardziej korzystna rzecz. Okazuje się bowiem, że mając trzydzieści lat nie chcemy tracić już czasu na byle jakie znajomości, fałszywe przyjaźnie, nieudane związki. Można powiedzieć, że czas w tym przypadku jest sitem, przez które przesiane zostały tylko te dobre i prawdziwe relacje, a reszta odeszła w zapomnienie. Teraz już mamy na tyle pewności siebie, aby w zgodzie ze sobą i poczuciem własnej wartości dobierać wokół siebie tylko tych ludzi, którzy działają na nas pozytywnie, którzy dbają o nas, poświęcają czas, wspierają i to samo otrzymują w zamian. Koniec z "pozerskimi" znajomościami, gdzie była rywalizacja, przechwalanie się sobą, obgadywanie za plecami, nieszczerość. Koniec z toksycznymi związkami, bo lepiej być samemu, niż z kimś, kto nas unieszczęśliwia. Itd., itp., a im więcej mamy lat, tym proces "odsiewu" będzie postępował. Bo życie płynie i się zmienia, bo pojawiają nam się dzieci i nasi znajomi mają dzieci, bo czasem ktoś się przeprowadzi, zachoruje, zmieni pracę. Prawdziwie przyjaźnie i związki trwają w tym wszystkim, słabe-rozpadają się. Od tej pory stawiamy na jakość-życia, pracy, dóbr materialnych i relacji z ludźmi. Czasem nawet poluzowują się lub ucinają kontakty z rodziną, bo ktoś np. do tej pory tylko nas krytykował i poniżał. Takie relacje też czasem chcemy uciąć i zazwyczaj z korzyścią dla nas. Często więc jest tak, że wokół siebie mamy tylko kilka osób, ale to tylko te, które kochamy, darzymy przyjaźnią i o których wiemy, że nigdy nas nie zawiodą. W tym przypadku mniej znaczy więcej-choć pewnie nasz Facebook mówi co innego;)


Spędzanie czasu wolnego


...tak, to kolejna rzecz, która zazwyczaj ulega zmianie. My, kobiety, mając lat trzydzieści coraz bardziej cenimy sobie stateczność. Podświadomie jakby dążymy do zapuszczenia korzeni, założenia rodziny, posiadania własnego kąta,stałej pracy. Już nas tak "nie nosi" jak wtedy, kiedy miałyśmy dwadzieścia lat, nie jesteśmy tak głodne poznawania świata, ludzi, zdobywania doświadczeń. Bo spore doświadczenie już mamy, a nauczyło nas ono, że spokój, spełnienie, czas dla siebie i spędzanie wolnych chwil tylko z wybranymi ludźmi to jest to, czego nam trzeba. Jak to się przekłada na naszą aktywność? Otóż coraz częściej wybierać będziemy serial obejrzany pod kocykiem z lampką wina zamiast imprezy pubie, relaksującą kąpiel zamiast kolejnego koncertu i zakupy internetowe zamiast godzin spędzonych w galerii i mierzeniu tony ciuchów. Coraz bardziej doceniamy własny kąt, ludzi, którzy w nim mieszkają i chwilę na to, aby w zaciszu poczytać książkę czy zrobić maseczkę. W dodatku u wielu pań pojawi się nagła chęć do pichcenia w domu, choć do tej pory jadały na mieście (ale jednak ja widzę co wkładam do garnka), sadzenia i uprawiania roślin (choć do tej pory miałyśmy tylko ususzonego kaktusa), dbania o porządek i czystość w domu, choć do tej pory twórczy bałagan nam nie przeszkadzał. Coraz częściej też kończymy imprezy o 1 w nocy, gdyż później zwyczajnie zasypiamy na siedząco. Coraz mniej pijemy, bo po alkoholu głowa boli, są mdłości i wstajemy jak baby jagi z łóżka. Coraz wcześniej kładziemy się spać, bo wiemy, że sen nas zregeneruje. Bo wiemy, że na drugie dzień jest praca i wiele innych obowiązków, a nie nudny wykład, z którego możemy zrezygnować. Bo bierzemy odpowiedzialność za siebie (w przypadku posiadania dzieci-nie tylko za siebie) i dbamy o siebie. Nie chcemy już korzystać z każdej okazji i być wszędzie oraz wyglądać najlepiej, bo wiemy, że tak się po prostu nie da:) I nagle okazuje się, że na wiele rzeczy już po prostu nie mamy siły, że czas przedłożyć to, co ważne i to, co najprzyjemniejsze od tego, co było takie sobie i nieistotne, a zajmowało czas. To kolejna, dobra cecha trzydziestoletności.


Seks 


...hm, tutaj ciężko wypowiadać się za pozostałe kobiety, gdyż jest to strefa intymna i mało można czerpać wiedzy na jej temat od innych, natomiast z grubsza wygląda to tak, że życie seksualne zyskuje. Wynika to z wieku (zmieniamy się pod względem budowy również i "tam", zwłaszcza po porodzie), z doświadczenia (wiemy już, co lubimy, a co nie), z braku kompleksów (nie przeszkadza nam nadmiar szczęścia tu i ówdzie oraz niesymetryczne piersi), potrafimy wprost powiedzieć, co lubimy, a co nie sprawia nam przyjemności. I tutaj znów stawiamy jakość nad ilość, co może skutkować rzadszymi zbliżeniami, ale za to tylko wtedy, kiedy mamy ochotę, a nie kiedy się zmuszamy bo partner akurat chce (sorry, panowie;). Wiemy już, że seks, który nie sprawia przyjemności może zniechęcić do zbliżeń w ogóle, kojarzyć się z przykrym obowiązkiem, a nawet sprawiać ból i dyskomfort. Wiele kobiet właśnie w tym wieku po raz pierwszy osiąga spełnienie w łóżku i to też proces, który do czterdziestki będzie raczej postępować. Zatem...jeszcze wiele przyjemności przed nami, drogie panie!:) Jeżeli teraz nie jesteście zadowolone z pożycia, a macie dwadzieścia lat, poczekajcie jeszcze trochę, trzydziesta wam to wynagrodzi;)


Dieta


Wspomniałam już wcześniej, że stawiamy na jakość. W jedzeniu także. Otóż często koło trzydziestki-i nie tylko u pań, zaczynają pojawiać się pierwsze dolegliwości żołądkowe związane-najczęściej-z jedzeniem śmieciowego jedzenia. Nagle okazuje się, że po bigmacu czujemy się ciężko, po żeberkach boli nas brzuch, a po coli lecimy do toalety. Zaczynamy przyglądać się temu, co jemy, bo mamy dosyć wzdęć, uczucia pełności czy zgagi. Coraz świadomiej robimy zakupy w supermarkecie, czytamy etykiety, kupując często droższe-ale zdrowsze-produkty. Jemy więcej warzyw i owoców zamiast kolejnej czekolady, częściej gotujemy w domu, a jeżeli idziemy do knajpy to przedkładamy kuchnię włoską nad MacDonalds'a. Zaczynamy czytać o zdrowym odżywianiu i widzimy pozytywne skutki wprowadzenia zdrowszej diety (patrz: wolniejsza przemiana materii;). Więcej czasu i uwagi poświęcamy jedzeniu, choć do tej pory jedliśmy, aby żyć, a teraz czasami sami dziwimy się, że idąc na wesele myślimy nie tylko o szaleństwach na parkiecie, ale i o...wystawnych stołach;) Często rozmawiamy ze znajomymi i rodziną o jedzeniu, wymieniamy się przepisami, eksperymentujemy. do tej pory rozmowy o jedzeniu nasz wkurzały, teraz sami chętnie takie tematy poruszamy. I to dobrze, bo wyjdzie nam to tylko i wyłącznie na zdrowie!:)


Stawianie na jakość


Kolejna rzecz to, wspomniane wcześniej, przedkładanie jakości nad ilość. Nie tylko w relacjach międzyludzkich, uprawianiu seksu czy odżywianiu się. Zdecydowanie świadomiej gromadzimy wokół siebie dobra materialne. Zauważyłyśmy już, że odkąd miałyśmy lat dwadzieścia wiele kupionych wtedy w dużej ilości ubrań, sztucznej biżuterii czy sprzętów nie przetrwało do dzisiejszego dnia. Wtedy kupowałyśmy impulsywnie, teraz zastanawiamy się trzy razy, czy na pewno danej rzeczy potrzebujemy. A jeżeli potrzebujemy to czy nie warto zainwestować w droższą? Dziś już nas na nią stać (zazwyczaj). I tym sposobem nagle nasza szafa już nie pęka w szwach, ale mamy w niej wiele porządnych, bazowych i klasycznych ciuchów dobrych firm, skórzane buty, dobrej jakości akcesoria. Zamieniamy plastiki z sieciówki na okulary od optyka, kupujemy swetry z domieszką wełny zamiast akrylowych, patrzymy na skład bluzek i jakość krojenia i szycia ubrań. Unikamy tandety i kiczu. Zamieniamy sztuczną, nietrwałą biżuterię na kilka srebrnych lub złotych łańcuszków czy kolczyków. Kupujemy krem apetyczny zamiast taniego, drogeryjnego, który nas uczula lub nie działa wystarczająco dobrze. Sięgamy po lepszą kolorówkę, kilka cieni w szalonych kolorach za 5 zł zamieniamy na jeden naturalny za 50. Wiemy już, że pozostałych i tak nie zużyjemy (patrz: wybieranie wieczoru z serialem zamiast szalonych imprez;). Wiemy już też, że trendy zmieniają się z sezonu na sezon i nie warto za nimi ślepo podążać. To kolejna rzecz, która wpływa na poprawę naszego życia.


Klasa


Ale nie ta w szkole, tylko ta kobieca, dystyngowana, wskazująca na jakość naszego wyglądu, zachowania. O czym mówię? Czy zdarzyło wam się, kiedy mając lat dwadzieścia lub mniej, nagle idąc na egzamin zorientowałyście się, że poza bluzami sportowymi i swetrami nie macie niczego eleganckiego i albo musiałyście lecieć na zakupy, albo, co grosza, wybrać najbardziej czarny lub granatowy sweter z szafy? Kiedy zbliżało się wesele, a wy poza spódniczkami mini nie miałyście koktajowej sukienki, albo wkładałyście przyciasną i niemodną kieckę ze studniówki? Albo imieniny u cioci czy jubileusz rodziców, a tu nie ma nawet eleganckiej bluzki żeby odświętniej wyglądać krojąc kotleta?;)...No właśnie. Często z powodu luk w szafie i rzadkich, ważniejszych okazji w naszej garderobie królowały rzeczy casualowe. Szkoda było pieniędzy na eleganckie szpilki czy ołówkową spódnicę, skoro zakładało się ją raz na rok! Suma sumarum szło się do cioci w bluzie, a na egzamin w sweterku. Sama popełniałam te błędy, dopóki nie zauważyłam, że pewne okazje w życiu-jak wesela, egzaminy, rozmowy o pracę, imieniny u ciotki-po prostu się powtarzają i warto mieć w szafie coś na tą okoliczność. Klasa to właśnie dobranie odpowiedniego stroju do okazji, to założenie dobrych (a nie przyciasnych i niemodnych lub zniszczonych) ubrań, to wyczucie sytuacji i dopasowanie się do niej. Ale klasa to także umiejętność ubierania się na co dzień. I tu pewnie będę kontrowersyjna, ale uważam, że trzydziestka to wiek, w którym zdając sobie sprawę z mankamentów urody akceptujemy je, ale niekoniecznie podkreślamy. I tak,kiedy mamy bardzo duży brzuszek lepiej jest założyć luźną bluzkę niż przyciasną, z której na dodatek wylewają się boczki. Kiedy jest upał, a nasze uda są baaardzo duże i w dodatku pofałdowane cellulitem to nie zakładamy szortów ledwo zakrywających majtki tylko przewiewną spódnicę. Są okazje, na które nie pasuje dekolt do pępka, mini i mocny makijaż. To też przejaw klasy w moim mniemaniu. Często, kiedy jesteśmy młodsze wydaje nam się, że możemy więcej, że młode ciało i moda wybaczy nam ubraniowe wtopy. Ale mając lat trzydzieści dążymy do tego, żeby wyglądać z klasą, czysto, schludnie i odpowiednio do okazji. Mamy już w szafie sporo par eleganckich butów, wyjściowych sukienek i białych bluzek czy żakietów. I dobrze leżących na nas-a nie na koleżance o dwa rozmiary mniejszej;)


Pewność siebie


I na koniec - pewność siebie i jednoczesna wyrozumiałość dla innych:) Wiele młodych kobiet boryka się nie tylko z kompleksami fizycznymi, ale także psychicznymi. Niestety, śmiem twierdzić, że kultura, w jakiej się wychowujemy, częste, nieświadomie popełniane przez naszych rodziców błędy wychowawcze nie sprzyjają rozwojowi poczucia wartości kobiet, ani ich odwadze i walczeniu o swoje. Niewiele znam kobiet przebojowych, pewnych siebie, bez żadnych kompleksów. Raczej od najmłodszych lat od dziewczynek oczekuje się bojaźliwości, spolegliwości, ustępowania, dbania o potrzeby innych. Mają być grzeczne i miłe-i często  z takim komunikatem idą przez życie. Cóż, trwają w nas patriarchalne nawyki, wciąż mamy problemy w pracy, zarabiamy mniej, bardziej boimy się wyrazić własne zdanie, często nie chcemy kogoś urazić. Młode dziewczyny potrafią analizować każdy gest, przejmować się tym, co ktoś powiedział, co o nas myśli.  Co tu dużo mówić-kiedy jesteśmy nastolatkami i później, we wczesnej dorosłości, często bywamy przewrażliwione na swoim punkcie. To w dużej mierze nie nasza wina, lecz kultury, w jakiej żyjemy i wspomnianego wychowania. Na szczęście im jesteśmy starsze, tym więcej mamy...w przysłowiowych czterech literach:) Coraz mniej nam zależy na opinii innych, coraz odważniej walczymy o swoje, wyrażamy poglądy, żyjemy, jak chcemy. Coś już w życiu osiągnęłyśmy, nasza tożsamość się ugruntowała i nie jest łatwo wpłynąć negatywnie na nasze postrzeganie siebie. Jesteśmy bardziej odważne, "wyrobione" w świecie, a nasza młodzieńcza nieśmiałość odeszła lub odchodzi w zapomnienie. Znamy już swoją wartość, wady i zalety, talenty, ale też ograniczenia. Patrzymy na wszystko bardziej realnie, a nie przez pryzmat emocji, odczuć na swój temat. I znika gdzieś nasze młodzieńcze idealizowanie świata.  Mają dwadzieścia lat marzyłyśmy o ślubie, białej sukni i welonie, a małżeństwo i rodzina jawiło się jako coś cudownego i często przesłodzonego. Teraz, mając lat trzydzieści wiemy, że niewiele rzeczy w życiu jest czarne i białe, że związek to także ciężka praca, widzimy obok pary, które rozwodzą, widzimy różne perypetie, słuchamy opowieści koleżanek, rodziny, znajomych. Same niejednokrotnie doświadczamy tego, że nasz wyidealizowany obraz z młodości nijak ma się do rzeczywistości. Wiemy już, że życie pisze własne scenariusze, często sprzeczne z naszymi wyobrażeniami, planami. I dzięki temu łatwiej nam też zrozumieć innych, ich słabości, dramaty, problemy. Postępujemy też bardziej rozważnie niż wcześniej widząc, jakie życie może nam przynieść konsekwencje. I tu możemy poczuć się naprawdę dorosłe i tak często się czujemy-dopiero teraz, kiedy zaczynamy rozumieć "o co w tym życiu chodzi", doświadczając go, płynąc z nim, rozumiejąc pewne mechanizmy i pracując na swoje szczęście-bo wiemy, że jeżeli same o siebie nie zadbamy to nikt nam go nie zapewni!

I na koniec...jako lekturę ekranową polecam obejrzeć wszystkie sezony "Seksu w wielkim mieście". Kultowego serialu z lat dziewięćdziesiątych, ukazującego życie trzydziestokilkuletnich kobiet, który w sposób zabawny, czasem z niekłamaną powagą i momentami lekko przejaskrawiony ukazuje życie i perypetie współczesnych mieszkanek Nowego Jorku. Rozrywka gwarantowana!:) Trzydziestka (i wzwyż;) to naprawdę piękny wiek dla kobiety i nie trzeba się go bać. A już na pewno nie dać sobie wmówi, że na coś jesteśmy...za stare;) Teraz świat stoi przed nami otworem! :)

Do zobaczenia w kolejnym wpisie:)













Brak komentarzy:

Prześlij komentarz